Rozdział 1 – POCZĄTKI
Sama idea napisania tej książki zrodziła się już jakiś czas temu. Przyświecała mi myśl przelania na papier moich przeżyć związanych z chorobą jako autoanalizy wszystkiego, co wydarzyło się wokół mojej osoby w przeciągu ostatnich 5 lat. Była to część zaplanowanej regeneracji mojego ciała i mojej osoby, którą podjęłam po konsultacji z zaufanym lekarzem. Regeneracji na tle fizycznym, emocjonalnym i umysłowym. W wolnym tłumaczeniu? Poprzez tę książkę miałam nadzieję wyrzucić to wszystko z siebie. Pisanie, którego się imałam po amatorsku od czasów szkolnych, było idealnym instrumentem w moim posiadaniu, by sprostać temu wyzwaniu. Idealną metodą na odreagowanie.
Mimo to nigdy nie miałam zamiaru niczego publikować. Nigdy nie miałam zamiaru dzielić się z kimś innym tym, co napisałam. Może się to wydawać absurdalne, ale… wstydziłam się swoich przeżyć. Wstydziłam się tego, co się wydarzyło, i jak na to reagowałam w danym momencie. Chciałam zamknąć głęboko w moim sercu na klucz i już na zawsze zatrzymać tylko dla siebie.
Zmieniłam jednak zdanie po zapoznaniu się z wieloma przypadkami kobiet chorych na raka opisujących swoje historie. Każdy przypadek, o którym przeczytałam, przybliżał mnie do tego, by opisać swój własny. By przedstawić moją historię i moje problemy. By przedstawić CAŁY TEN CHAOS. Mimo to opierałam się dość długo. Mój długopis długo leżał bezczynnie w piórniku, czekając na odpowiedni moment. Zeszyt, który kupiłam, by opisać pierwszy rozdział, pokrył się kurzem. Ach, te wymówki… A może jutro… A może za tydzień… A może za miesiąc… I tak minęło 5 lat. Dlaczego? Nie wiem. Po prostu nigdy nie podejmowałam się czegoś takiego. Pisanie książki? „To nie dla mnie” – myślałam.
Byłam dobra w zapisywaniu własnego życia w pamiętnikach. Byłam dobra w zapisywaniu różnych sytuacji i doświadczeń, które miały na mnie wpływ. O książce jednak nigdy nie myślałam. Była to inna para kaloszy. Wydawało mi się, że napisanie książki na jakikolwiek temat było ponad moje siły. Co więcej – zawsze się zastanawiałam, od czego miałabym zacząć? Jakie sytuacje przedstawić?
A co najważniejsze – kto byłby na tyle zainteresowany, by to przeczytać. Co JA miałam szczególnego do powiedzenia? Byłam przecież jedną z wielu chorych. Dlaczego moja historia miałaby być interesująca? Tysiące pytań, na które nie miałam odpowiedzi. Tysiące obaw, które skutecznie mnie hamowały i powstrzymywały od napisania pierwszego rozdziału mojej historii.
Dopiero mój mąż uświadomił mi, że moje obawy były bezzasadne i przez nie traciłam jedynie czas. Podsunął mi również argumenty, które według niego były warte opisania. Pod koniec naszej rozmowy na ten temat jego dokładne słowa brzmiały następująco:
– Po prostu opisz ten chaos. Resztę jakoś złączymy.
Sam wiedział doskonale, co się wydarzyło w tamtych latach. Doskonale wiedział, przez co musiałam przejść. Miał świadomość, jaką wojnę stoczyłam przeciwko mojej chorobie. Stał przecież w pierwszym szeregu wraz ze mną, tuż przy moim boku. Niczym tarcza, która skutecznie chroniła przed śmiertelnymi ciosami wroga nawet w najtrudniejszych momentach. Jego słowa idealnie zobrazowały również moją walkę z nowotworem. Był to prawdziwy chaos. Niekończący się chaos. Ach, było to moje ulubione słowo w tamtym momencie. Chaos. Chaos. CHAOS. Powtarzałam je na głos niemal codziennie.
Nieraz bez większej świadomości. Tak po prostu. Stąd też tytuł mojej książki. Pomyślałam, że idealnie odzwierciedla on to, co się wydarzyło. Słowo to przypominało mi siebie niczym samotną łódkę podczas sztormu, targaną bezwładnie falami na wszystkie strony oraz bezsilną na wiatr, który zdążył już porwać moje żagle i pozostawić mnie osamotnioną i opuszczoną na morzu.
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Łatwo powiedzieć:
„Napisz swoją historię!”. Trudniej napisać.
Moja tablica korkowa wypełniona była kolorowymi karteczkami, które podsumowywały konkretne ważne wydarzenia z tego okresu, tj.: chemioterapię, radioterapię lub operację. Karteczki czekające, aby je rozwinąć. Czekające, aby je szczegółowo opisać.
Tak więc opisałam je. Po swojemu. Na tyle, na ile umiałam. Kartki mojego zeszytu wypełnione były atramentem. Wypisywałam moje przemyślenia linijka po linijce. Niczym wytrawny dziennikarz przyzwyczajona byłam do przelewania swoich słów na papier ze wszystkimi szczegółami. Zauważyłam, że każda linijka w zależności od mojego nastroju i stanu emocjonalnego miała inny charakter pisma. Co więcej – moje pismo wydawało się zmieniać formę, gdy pisałam na zmianę o szczęśliwych i smutnych wydarzeniach. Moje szczęście było wyrażane poprzez zaokrąglone litery, smutek natomiast powodował płaski charakter pisma – tak jakbym chciała napisać wszystkie litery jednym ciągiem w jednej linii bez żadnego odstępu.
Pomogło mi to bardzo, ponieważ dzięki temu, dokonując korekt w moim tekście, wiedziałam dość dobrze, jakie emocje mi towarzyszyły podczas pisania i co czułam, pisząc daną linijkę. Mogłam lepiej zobrazować moje przeżycia i uczucia towarzyszące danej chwili. Do tego dochodził fakt, że nie za bardzo lubiłam pisać na komputerze. Może się to wydawać dziwne, ale była to dla mnie czynność pozbawiona jakichkolwiek emocji. Wydawała mi się ona bezduszna. Jednak, aby opublikować moją historię i przedstawić ją Wam, byłam zmuszona przeprosić się z klawiaturą i „wklepać” słowo w słowo do jednej z aplikacji do pisania, jakie miałam do dyspozycji na swoim laptopie. Na nic by Wam się zdały moje odręcznie zapisane zeszyty.
Pisząc moją historię, nie siliłam się na ciąg chronologiczny, to już wiecie. Po prostu brałam karteczkę do ręki i próbowałam rozwinąć dane wydarzenie w oparciu o fakty i dialogi, które zapamiętałam. Starałam się przelać na papier wszystkie szczegóły i detale, które przyszły mi do głowy. Na szczęście moja pamięć nie została jeszcze dotknięta przez czas, więc dość szybko kartki z pamiętnika zapełniały się opisami postaci, gabinetów, domów, szpitali, ciekawych miejsc, wyjazdów i innych, w tym ze szczegółami długich rozmów z różnymi napotkanymi osobami. Każda historia, zaczynając od jednego słowa, przeistaczała się w jeden ciąg wydarzeń, jeden po drugim, niczym pociąg, do którego doczepianych było coraz więcej wagonów i który pędził przed siebie bez celu. Pisanie sprawiało mi łatwość i przyjemność. Bez opamiętania i z szybkością bolidu pisałam kolejne rozdziały. Nie było w tym większego ładu, ponieważ w tamtym momencie nie uważałam, żeby to było ważne. Starałam się zapisać jak najwięcej, nie zawracając sobie głowy organizacją stron oraz rozdziałów. Nie miałam na to ochoty, więc zleciłam to komuś innemu.
Z pomocą przyszedł mi mój syn, który zlepił moją historię w całość, zachowując przy tym ciąg chronologiczny. Bez niego moja książka byłaby jedynie zlepkiem poszczególnych przypadków, które nie miałyby większego sensu.
Dlatego też na łamach pierwszych stron mojej książki pragnę mu gorąco podziękować.
Nie wiedziałam jedynie, jak miałam zacząć i jak miałam zakończyć. Nie zaprzątałam sobie tym jednak głowy. Pomyślałam, że słowa przyjdą same w momencie pisania i zapełnią moje kartki jedna po drugiej. Nie wiedziałam jeszcze, że podczas pisania pierwszego rozdziału stracę przeszło dwa miesiące swojego życia, a napisanie pierwszych 15 stron będzie prawdziwą katorgą. Słowa nie przychodziły tak jakbym sobie tego życzyła, a zdania mieszały się i tworzyły jakiś niezrozumiały tok myśli i opisów, z których nie byłam zadowolona.
Pamiętam jedynie, że gdy tylko wzięłam do ręki po raz pierwszy mój długopis, na samym szczycie pierwszej kartki zapisałam jedno zdanie: „Od czego mam zacząć?”. Zostawiłam przy tym trochę wolnego miejsca pod spodem, gdybym miała ochotę nieco rozwinąć argument lub dopisać temat przewodni.
Jednak nie napisałam niczego. Co więcej – dość szybko stwierdziłam, że powinnam się zająć opisywaniem innych rzeczy, ponieważ każda próba podjęcia się napisania pierwszej strony, kończyła się dla mnie dość mizernie.
Jednak przyszedł moment, w którym nie mogłam już dłużej tego odwlekać. Musiałam napisać początek oraz zakończenie mojej historii. Zdawałam sobie sprawę, że aby odpowiednio przedstawić jakąś historię, zazwyczaj należało zacząć od opisywania samego początku. Musiałam rozpocząć od długiego uzasadnienia, dla którego znalazłam się w danej sytuacji i brnąć nieprzerwanie poprzez wydarzenia, które miałam zamiar przytoczyć i które były niejako konsekwencją owego powodu. Przynajmniej tak podpowiedział mi mój syn, gdy zaczynałam moją przygodę z pisaniem tej książki.
– W twojej historii ważne jest przedstawienie zarysu całej sytuacji – mówił. – Kobiety muszą cię poznać i zrozumieć.
Dlatego musisz na wstępie coś o sobie opowiedzieć. Być może taki powinien być twój początek.
Mój syn nie był profesjonalnym pisarzem, ale to, co mówił, było poparte logiką, z którą w pełni się zgadzałam.
Miałam z tym jednak wiele problemów. Zastanawiałam się nad tym dość długo i dość długo pozostawałam z niczym. Było to frustrujące, ponieważ moją walkę z rakiem miałam dobrze opisaną. Nie miałam z tym żadnych problemów. Można by powiedzieć, że środek mojej książki miałam w jednym palcu. 200 stron zapisanych w niecałe dwa tygodnie. Wiedziałam, jak i o czym chciałam pisać. Wiedziałam, jakich słów użyć i co wynieść na scenę przed jupitery.
Rozdział pierwszy był jednak rozdziałem, którego nie mogłam rozgryźć. Nie mogłam zdecydować się, od którego momentu zacząć. Nie mogłam zdecydować się, które wydarzenie przedstawić jako pierwsze.
Jak z tego wybrnęłam? Cóż… na wstępie próbowałam zawęzić poszukiwania mojego początku do konkretnej daty, lecz za każdym razem wydarzenie, które wybierałam, wydawało mi się błahe i nieistotne – do tego stopnia, że zastanawiałam się na serio, czy aby na pewno zacząć moją historię „od początku”. Od dość dawna przyświecał mi pomysł napisania wydarzeń od zakończenia, by potem zagłębiać się coraz bardziej w historię, którą przeżyłam, i w postacie, które spotkałam na swojej drodze. Myślałam nad tym, aby najpierw przedstawić szczęśliwe zakończenie, a potem horror, a nie na odwrót.
– Może warto zacząć od zakończenia? – zapytałam mojego syna. Był on jedną z pierwszych osób, która podsunęła mi pomysł napisania książki. Właściwie to wspominał o tym wielokrotnie podczas naszych rozmów. Często powtarzał, że to, co się wydarzyło przez te wszystkie lata, nadawało się na niezłe opowiadanie. Zgadzałam się z nim, więc dość często zasięgałam jego rady oraz opinii na temat mojego pisania. Z tego też względu został on moim pierwszym darmowym „korektorem”.
– Wiesz, gdybym zaczęła od momentu, w którym jestem dzisiaj, to…
– Źle by się to czytało – wtrącił się mój syn. – Jest tyle do opisania i tyle do opowiedzenia, że twój czytelnik może się pogubić. I nie mówię, że musisz napisać książkę właśnie w ten sposób. Mówię tylko, że warto zacząć od jakiegoś ciągu chronologicznego. Jak będziesz miała już trzon twojej historii, będziesz mogła przerzucać rozdziałami według własnego uznania.
Mój syn starał się o rzeczowy ton, ale mówił z uśmiechem na ustach, więc wiedziałam,
że miał ochotę na żarty. Był tego dnia w naprawdę dobrym humorze, więc na pierwszy z nich nie czekałam zbyt długo.
– Oczywiście możesz zacząć od tego, że pokonałaś raka i spróbować opowiedzieć twoją historię w inny sposób – wzniósł ceremonialnie ręce do góry i wydał z siebie piskliwy ton, który bardzo przypominał mój własny. – Twój pierwszy akapit powinien zaczynać się od „Zwyciężyłam raka, a to, jak go pokonałam, dowiesz się na następnych stronach” – już na dobre zaczął podrabiać mój kobiecy głos, dobrze się przy tym bawiąc. Zwykł to robić, gdy miał dobry humor, by mnie rozśmieszyć. Często podszywał się również pod znane osobistości lub niecodzienne profesje. Tym razem udawał prawdziwego konferansjera, który zapowiadał aktorów na scenie w teatrze.
– W rolach głównych …
– Nie wygłupiaj się – postanowiłam ukrócić jego zabawę. Mimo to miałam szeroki uśmiech na twarzy.
– Naprawdę mam poważny problem z początkiem, a ty sobie stroisz ze mnie żarty.
Mój syn wzruszył jedynie ramionami.
Przed rozpoczęciem pisania wydawało mi się, że będzie to najłatwiejszy etap. Nic z tych rzeczy.
Po długim namyśle zdałam sobie sprawę, że mój syn miał absolutną rację. Musiałam zacząć od samego początku, a jedynym początkiem, który miał dla mnie jakikolwiek sens w tej historii, był mój wyjazd do Włoch. Postanowiłam pokrótce opisać, jak do tego doszło i jak się tam znalazłam, niemal całkowicie opuszczając moje doświadczenie i przeżycia w Polsce. Ale zanim do tego dojdziemy, chciałam Wam coś oznajmić. Chciałam przedstawić Wam moją osobistą wizytówkę. Wizytówkę, z którą utożsamiam się od dość dawna i która według mnie należycie mnie teraz przedstawia. Oto ona:
Mam na imię Ela. Pokonałam raka piersi i zmieniłam swoje życie na lepsze.
Na razie to wszystko, co musisz o mnie wiedzieć. Poznałaś mnie taką, jaką jestem dzisiaj. A skoro mnie już po części znasz i jesteś świadoma, jak kończy się moja historia, możesz bez niepokoju przejść do następnych stron książki. Nie masz się czego obawiać. Nie jest to dramat bez happy endu. Jest to bardziej thriller, w którym na końcu główni bohaterowie żyją długo i szczęśliwie. Będę z tobą przez całą historię i co jakiś czas będę Ci przypominać o jej pozytywnym zakończeniu. A więc zaczynamy „zabawę”…
Imigracja do Włoch nie była decyzją prostą. Miałam już swoje lata na karku i nie chciałam za wiele zmieniać w moim życiu. Wkurzało mnie, że mając na koncie tyle lat, niczego wielkiego się nie dorobiłam i niczego w życiu nie osiągnęłam. Wkurzało mnie również to, że dopuściłam do sytuacji, w której takie dylematy były dla mnie koniecznością. Wkurzało mnie, że nie potrafiłam zagwarantować sobie przyszłości w Polsce i musiałam opuścić mój kraj. Żałowałam, że nie pokierowałam swojego życia nieco inaczej, zwłaszcza że miałam ku temu możliwości. Żałowałam straconych okazji i nieprzemyślanych decyzji. I wiem, że tak jak ja, Wy również chciałybyście w niektórych przypadkach cofnąć czas, by zmienić to czy tamto w swoim życiu. Doskwierał mi żal podczas mojego pobytu w Polsce ze względu na to, jak się potoczyło moje życie, i ze względu na decyzje, jakie musiałam podjąć. Jednak podczas mojej choroby był on już moją nieodłączną częścią, o czym jeszcze zdążycie się przekonać.
Myślałam o wyjeździe od dobrych paru lat. Wyobrażałam sobie, jak się przeprowadzam na wyspy lub do innego kraju za pracą. Dość często sprawdzałam również zagraniczne ogłoszenia o pracę w Internecie, głównie w Niemczech lub w Wielkiej Brytanii. Często znajdowałam odpowiednie oferty pod kątem moich kwalifikacji, mimo to nigdy nie brałam ich na poważnie. Były to jedynie pomysły i luźne myśli. Jeszcze nie miałam tego przekonania, że muszę wyjechać.
Dlaczego więc skończyłam we Włoszech? Cóż… miałam szczęście. Wiecie, jak to jest, gdy coś sobie planujecie, coś sobie układacie, a tu nagle wszystko zmienia się jak za dotknięciem magicznej różdżki? Tak było również w moim przypadku. Niestety, ale magiczna różdżka nie wpłynęła na mnie pozytywnie.
Gdy coś się waliło, to wszystko równocześnie. Przynajmniej tyle byłam w stanie zaobserwować, analizując moje dotychczasowe życie. W tamtym okresie ja i mój mąż byliśmy zmuszeni do śmiałych decyzji, ponieważ firma, w której pracowaliśmy, musiała zamknąć oddziały w Polsce. Z dnia na dzień pozostaliśmy bez pracy. Niczym grom z jasnego nieba informacja ta uderzyła w nas bez żadnego ostrzeżenia, paraliżując na dobre nasze dotychczasowe wysiłki. Nie mieliśmy czasu, żeby się przygotować i żeby zabezpieczyć się z innej strony. Nie mogliśmy niczego innego zaplanować. Nasze życie stanęło nad przepaścią, a wokół nas pojawiały się coraz większe przeszkody.
Było to o tyle ważne, ponieważ mieliśmy dość duży kredyt, który wzięliśmy na zakup mieszkania. Brak zatrudnienia mocno komplikował naszą sytuację. Jestem pewna, że potraficie sobie wyobrazić trudności, z jakimi musiałam się zmierzyć w tamtym okresie. W nerwach i w stresie szukaliśmy zatrudnienia w innych miejscach, ale bez większych skutków. Pamiętam, że 15 lat temu rynek pracy w Polsce nie należał do najprężniejszych. Trudno było wtedy o dobrze płatną pracę, która pomogłaby nam w takiej sytuacji, więc temat emigracji wyszedł dość szybko na powierzchnię. Był to czas, który wymagał od nas stalowych nerwów i ekstremalnych oraz szybko podejmowanych decyzji. Po dość krótkim zastanowieniu postanowiliśmy skoczyć na głęboką wodę i spróbować. Nie widzieliśmy wielkiej przyszłości w Polsce, więc decyzja była tym łatwiejsza. Zaczęliśmy szukać pracy głównie w Niemczech ze względu na dobrą znajomość języka przez mojego męża. Czasem sprawdzaliśmy rynek pracy w Anglii, ale nic poza tym.
Nic więc nie wskazywało na to, że w przyszłości miałam przeprowadzić się do takiego kraju jak Włochy. Było to rozwiązanie niespodziewane, ale oczywiste. Do tego stopnia, że do dzisiaj kręcę głową z niedowierzaniem, że wcześniej na to nie wpadłam.
Otóż pomogła mi w tym moja siostra, która pracowała tam już od ładnych kilku lat. Gdy usłyszała o moich problemach, dość szybko wzięła sprawy w swoje ręce i znalazła mi pracę. Następnie postąpiła tak samo w przypadku mojego męża. Nie była to praca luksusowa. Jednak dawała szansę na przeżycie.
Dawała szansę na lepsze jutro. Przedtem utrzymywałam z nią jedynie kontakt telefoniczny ze względu na jej częsty pobyt za granicą, więc zdziwiłam się, gdy zaoferowała mi swoją pomoc. Dziwiłam się również samej sobie, że nie poprosiłam jej o pomoc w pierwszej kolejności. Przecież była jedyną osobą, którą znałam, która posiadała jakiekolwiek doświadczenie w pracy na emigracji. Przecież była moją rodziną. Być może nigdy nie myślałam, że będzie w stanie mi pomóc, zważywszy na to, że sama miała masę problemów. Mimo to pomogła mi w tym trudnym dla mnie momencie i parę miesięcy później znalazłam się we Włoszech. Był to oczywisty wybór i oczywisty kierunek.
Decyzja o wyjeździe była sama w sobie dość logiczna, lecz wymagała również odwagi. W końcu nie decydowałam jedynie o swoim życiu, ale także o życiu moich dzieci. Była to najważniejsza przeszkoda do pokonania w tamtym okresie. Może właśnie dlatego wraz z mężem wahaliśmy się przez tak długi czas, mając nadzieję, że sytuacja w Polsce rozwiąże się dla nas pomyślnie. Nie chciałam niszczyć kontaktów oraz relacji, które moje dzieci wyrobiły sobie w Polsce. Dlatego też postanowiłam, że najlepiej będzie, jeśli dam im czas na oswojenie się z zaistniałą sytuacją. Postanowiłam, że je do tego wyjazdu przygotuję.
Zapisałam syna i córkę na całoroczny kurs języka włoskiego, by jak najlepiej nauczyły się mówić i poznały kulturę tego kraju. Dzień, w którym im o tym wspomniałam, nie należał do najłatwiejszych. Pamiętam, jaką miałam nerwówkę przed tą rozmową. W zasadzie byłam przygotowana na wszystko – płacz, protesty i gniew. Wiedziałam jednak, że musiałam postawić na swoim. Nie było innej rady. Musieliśmy wyjechać.
Jak przyjęły to moje dzieci? Na początku niechętnie. Ale w miarę upływu czasu myślę, że zrozumiały, że była to dla nich również szansa. Szansa na lepsze życie. Szansa na życie, którego ja nigdy nie miałam. Myślę, że również zdawały sobie z tego sprawę, ponieważ takie sytuacje nie były im obce, zwłaszcza w warunkach szkolnych. Wiele dzieci uczęszczało do szkoły z moimi dziećmi, mając własnych rodziców za granicą. Imigracja była dość powszechna w tamtych czasach, zwłaszcza dla rodzin, które tak jak moja, żyły blisko zachodnich granic. Wielokrotnie mi później opowiadały, jak to ich najlepsi przyjaciele rozjechali się po świecie wraz ze swoimi rodzinami w czasie lub zaraz po ukończeniu nauki.
I tak w wieku 40 lat podjęłam moją wędrówkę. Zdecydowałam, że wyjeżdżam wraz z mężem na rok, by ustabilizować kwestie ekonomiczne i przygotować grunt pod przyjazd moich dzieci. Postanowiliśmy, że zostaną one w Polsce jeszcze przez 12 miesięcy na wychowaniu z dziadkami, którzy zmieniali ochoczo swoją wartę co jakiś czas, tak by mogły skończyć szkołę i odpowiednio się do tej przeprowadzki przystosować. Rozłąka z naszymi dziećmi była dość trudna do wytrzymania, ale jakoś daliśmy sobie radę. Po roku dołączyły do nas. Żyjemy we Włoszech do dzisiaj.
Z psychologicznego punktu widzenia wiem, że każdy człowiek dzieli swoje życie na pewne etapy. Zazwyczaj dzieliłam swoje życie na dwie części – moje życie w Polsce i moje życie we Włoszech. Były to dość odrębne części, które stanowiły dla mnie ogromną wartość. Ostatnimi czasy jednak zauważyłam, że nie dzielę już mojego życia w ten sposób. Zauważyłam, że mój nowotwór wkradł się do mojego umysłu i postanowił zostać tam już na stałe, pomimo tego, że go pokonałam.
Od momentu mojej choroby dzielę swoje życie na część przed rakiem oraz na tę po. Być może dlatego, że diametralnie zmieniłam swoje życie zaraz po operacji. Jestem teraz lepszą wersją siebie i taka jest prawda. Jestem z tego powodu bardzo dumna. Ćwiczę, lepiej się odżywiam i jestem pewniejsza siebie.
Nauczyłam się cenić swoje życie takim, jakim ono jest, i nie wynajdywać problemów tam, gdzie ich nie ma. Nauczyłam się być twardą kobietą, która jest w stanie chłodno spojrzeć na swoje życie i je ewentualnie poprawić, jeśli coś mi w nim nie pasuje. Nowotwór nauczył mnie pokory, ale również pokazał mi, że warto cieszyć się z nawet najmniejszych sukcesów.
Zainteresował Cię fragment książki Eli Matysik – „Cały Ten Chaos„?
Zapraszam do zakupu książki: