Kobietami, które jako pierwsze obudziły we mnie chęć, a właściwie silne pragnienie przejęcia odpowiedzialności za swoje życie oraz znalezienia sposobu, jak stać się spełnioną i szczęśliwą osobą, były: Kim Kiyosaki oraz Kamila Rowińska.

Najpierw pojawiła się Kim, a właściwie jej książka: “Bogata Kobieta”. Czytając jej słowa, odczuwałam na całym ciele dreszcze i to był dla mnie sygnał, że tak naprawdę pragnę życia, które opiera się przede wszystkim na wolności oraz niezależności.

Natomiast Kamila Rowińska (tzn. jej szkolenia, książki, itp.) towarzyszą mi do dziś. Jest dla mnie przykładem kobiety, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Na początku byłam zafascynowana jej historią oraz piękną misją życiową. Z czasem Kamila stała się dla mnie wspaniałą mentorką, dlatego też z wielką przyjemnością polecam, kiedy mam tylko taką możliwość, innym jej materiały, aby czerpali, podobnie jak ja, to co najlepsze od niej, czyli niesamowitą inspirację oraz wiedzę z dziedziny rozwoju osobistego.

Jednak największym olśnieniem, jakiego doznałam w moim życiu, było zrozumienie SIŁY I MOCY WDZIĘCZNOŚCI, które odmieniły moje życie oraz przywróciły wiarę w możliwość spełnienia moich i moich bliskich marzeń. Wdzięczność sprawiła, że moje serce i umysł otworzyły się na przyjmowanie i docenianie wszystkiego, co do mnie przychodziło. Poczułam niezwykłą radość oraz wewnętrzny silny spokój, głębokie zaufanie do siebie i reszty świata. Dzięki wdzięczności powróciły bardzo wyraźne obrazy moich dziecięcych wielkich marzeń. Moje życie nabrało większego sensu i znaczenia. Zrozumiałam bardzo wyraźnie, że w życiu nie ma przypadków i nic się nie dzieje bez przyczyny.

Poczułam się dokładnie tak, jak to opisuje Byron Katie w książce “Radość każdego dnia”:

“Kiedy źródłem twojego życia staje się wdzięczność oznacza to, że wróciłeś do domu”

Zanim jednak przejdę do szczegółowego opisu, jak to się stało, że wdzięczność tak pozytywnie wpłynęła na mnie oraz moje życie, opowiem Ci najpierw, dlaczego i po co tak bardzo jej potrzebowałam.

Kiedy byłam dzieckiem, a potem nastolatką, miałam pewien nawyk (dopiero teraz zrozumiałam, jak ważny i cenny w moim życiu). Kiedy zasypiałam, praktycznie zawsze, wyobrażałam sobie, co będę robić, jak będę dorosła i bogata. 🙂 Teraz rozumiem, że właśnie te marzenia pomogły mi się stać wielką optymistką i pozytywnie patrzeć na świat.

Jednak z czasem zaczęły one, niestety, zanikać. Dlaczego? Może się domyślasz? Może też to przeżyłaś lub tego doświadczyłeś? Po prostu DOROSŁAM, a w świecie dorosłych, wtedy tak myślałam, rządzą inne prawa. Obraz funkcjonowania moich rodziców, poglądy i przekonania bliskich zniszczyły we mnie obraz pięknych pragnień. Oczywiście nikogo nie winię, bo nikt z rodziny nie był świadomy negatywnych oddziaływań ich przekonań na moje życie, większość o tym nie wie, ja też o tym nie wiedziałam.

W pewnej chwili zdałam sobie sprawę, że wszystko wokół mnie stało się takie szare i pospolite. Wtedy pomyślałam, a raczej pogodziłam się z tym, że tak ma być. W głębi duszy coś się z tą rzeczywistością kłóciło, ale krępowałam się o tym mówić, a może bałam, bo czułam, że nikt mnie nie zrozumie. Podporządkowałam się otoczeniu i stałam się człowiekiem podobnym do wszystkich. Uzmysłowiłam sobie po pewnym czasie, że już nie wiem, co chcę robić w życiu, co mnie interesuje, czego pragnę i w jakim kierunku to moje życie ma zmierzać. Nie zdawałam sobie sprawy, jak negatywnie opinie innych na mnie wpłynęły, głównie na moją pewność siebie, na moją asertywność, na wiarę w swoje talenty, itp.

Z jednej strony wydawało mi się, że jestem szczęśliwa, odważna, w pewnej części spełniona, a z drugiej – czułam się bardzo zagubiona, samotna, miałam wrażenie, że nie mam własnego kąta, bardzo źle znosiłam fakt, że nigdzie nie czuję się jak w domu (nawet w rodzinnym mieszkaniu, niestety, pomimo wielkiej miłości rodziców).

W miejscowości, w której mieszkałam (chociaż to przepiękna mieścina i mieszka w niej wiele fantastycznych ludzi) też się nie czułam dobrze, odnosiłam wrażenie, że panuje tam stagnacja, nuda i jest jakoś tak szaro. Pewnie wiele osób się w tej sprawie ze mną nie zgodzi, a inni być może mnie w tym poprą. Każdy z nas po prostu pragnie znaleźć własne miejsce na tej ziemi. Szczytno, niestety, moim miejscem nie jest, wracam tam tylko czasami ze względu na rodzinę.

Moje wejście w życie dorosłe to typowy schemat, o którym wcześniej już wspominałam: liceum, studia, praca na etacie, małżeństwo, dziecko, firma.

Kiedy po kilku latach poczułam się bardzo przytłoczona wieloma sprawami (narodziny dziecka zbiegło się z otwarciem firmy, co przyniosło wiele wyzwań: kompletny brak czasu dla siebie, kłopoty finansowe, wewnętrzne zagubienie w małżeństwie), nagle pojawiła się pewna zaskakująca możliwość, o jakiej nigdy wcześniej nie słyszałam. Zetknęłam się wtedy z tematem rozwoju osobistego i wróciło silne pragnienie, aby być kimś więcej niż fajną Mariolką, posłuszną córką, dobrą żoną, idealną mamą, wspierającą zawsze innych przyjaciółką oraz właścicielką firmy, która nie miała szans na przetrwanie. Nabrałam wtedy nieopisanej wewnętrznej pewności siebie oraz nieodpartej potrzeby zrobienia czegoś innego, chociaż jeszcze do końca nie rozumiałam, co to miałoby być.

Moja ówczesna klientka zaproponowała mi, abym pojechała na pewną konferencję do Kołobrzegu, aby się dowiedzieć więcej na temat szansy, która do mnie przyszła. Pamiętam, jak dziś, że była to sroga zima (ok -30 stopni, duże opady śniegu), a ja wtedy jeździłam małym czarnym samochodzikiem marki Kia Picanto (miło wspominam to autko, służyło mi bardzo dobrze potem jeszcze kilka lat). Ciekawość mnie zżerała. Powiedziałam sobie, że muszę tam być, nic i nikt nie może mnie powstrzymać. No i pojechałam moim autem na gaz w piękną, a zarazem przerażającą zimową noc do pięciogwiazdkowego hotelu w Kołobrzegu. Podróż trwała około siedmiu godzin. Kiedy dojechałam, przyszło nagłe zwątpienie. Pomyślałam:
“Co ja tu robię?”. Przed hotelem stały same Lexusy, Mercedesy, BMW, niektóre marki widziałam po raz pierwszy w życiu, a pomiędzy nimi ja ze swoją Kia Picanto (możesz sobie wyobrazić, jaką miałam minę i jak się czułam ;)). Teraz sama się śmieję z tej całej sytuacji, kiedy komuś o tym opowiadam.

Jak już wzięłam kilka głębszych oddechów i nabrałam odwagi, w końcu weszłam do hotelu, gdzie miała się odbyć konferencja. Po chwili zobaczyłam coś, co spowodowało ugięcie i drżenie moich kolan – ruchome schody w hotelu (wtedy dla mnie to było wrażenie woooooww). Pomyślałam, że chyba niepotrzebnie tutaj przyjechałam. Postanowiłam pomimo wszystko się ogarnąć i iść dalej. Potem było już w miarę dobrze. Na sali, gdzie miała się odbyć konferencja, poznałam kilka fajnych osób i moje samopoczucie się poprawiło.

Tego dnia poczułam coś niesamowitego. Zobaczyłam na scenie osoby pełne entuzjazmu, pełne wspaniałej energii oraz chęci, żeby żyć zupełnie inaczej niż większość społeczeństwa. Dopiero wtedy dotarło do mnie, dlaczego w środku tak bardzo mocno czułam, że muszę tu przyjechać. Pojawiły się nagle w sercu i głowie (a może wróciły) pragnienia, aby:

● mieć pozytywny wpływ na innych;
● mówić ze sceny, jak prelegenci, których tego dnia
poznałam;
● inspirować oraz zarażać innych swoją energią.

Pamiętam, że poczułam motylki w brzuchu i uczucie, że coś się we mnie zmienia, coś się tak jakby otwiera.

Pomimo ogromnego zmęczenia wracałam na drugi dzień do domu pełna ekscytacji i optymizmu. Wiedziałam, że już nic nie będzie takie samo, że chcę zmian, potrzebuję zmian i wprowadzę (jeszcze nie wiedziałam jak) je do swojego życia. Zaczęłam czytać książki z rozwoju osobistego, poznawać ludzi, którzy mówili jakby “innym językiem” (bardzo mi się on podobał) i zaczęło się dziać.

Na początku było od razu widać, że wróciła moja pewność siebie i że jestem jeszcze bardziej pozytywna, niż byłam. Osoby, które mnie znały i obserwowały, na początku te zmiany dobrze przyjmowały, wszyscy mi mocno kibicowali. Natomiast później zaczęło znikać zrozumienie w naszej komunikacji, ponieważ moje myślenie na różne tematy bardzo się zmieniło. Zaczęłam zupełnie inaczej
patrzeć na przyszłość, na edukację finansową, na biznes, w ogóle na sposób życia. Niestety, moi bliscy przestali mnie rozumieć (dziś im się nie dziwię, ponieważ zmiana mentalności jest na początku wielkim szokiem dla każdego, kto tego nie doświadczył).

Na późniejszym etapie te zmiany okazały się dla mojej rodziny trudne do zaakceptowania, szczerze mówiąc nawet i ja byłam nimi nieco zaskoczona (chociaż trudno niektórym w to uwierzyć). Zmiany, które przyniosły mi, moim bliskim i innym osobom po pewnym czasie dużo cierpienia, bólu, wyrzutów sumienia, złości i niezrozumienia, jednak jak mówi Byron Katie:

“Te rzeczy, które uważamy za najstraszniejsze, w rzeczywistości uczą nas najwięcej. Zawsze dostajemy to, co jest nam potrzebne, a nie to, co jak myślimy, że jest nam potrzebne”

“W pewnym momencie dostrzegasz, że najgorsza strata, jakiej doświadczyłeś, to największy dar, jaki możesz otrzymać”

Będę z Tobą bardzo szczera. Nie wiem, czy to docenisz, czy jak większość ocenisz, jednak dzięki towarzyszącemu mi poczuciu wdzięczności kieruję się przekonaniem, że szczerość i uczciwość, szczególnie wobec siebie, jest czymś bardzo ważnym, jeśli nie najważniejszym w życiu.

Wydawało mi się, że kocham mojego męża bardzo mocno. Jednak okazało się, że to uczucie po pewnym czasie zgasło. Gdy pewnego dnia wyjechał za granicę, poczułam ogromną ulgę (chociaż brzmi to smutno, to pomogło mi zrozumieć, że nie chcę siebie i innych dłużej oszukiwać). Wtedy dotarło do
mnie, że nie wiem, jak i kiedy, zakochałam się w kimś innym. Nigdy bym siebie nie podejrzewała, że mogę tak zranić drugą osobę, ale stało się i już tego nie cofnę. Zdradziłam męża i podjęłam decyzję o odejściu od niego, co było bardzo niezrozumiałe dla wszystkich moich bliskich i znajomych. Spakowałam córkę i wyjechałam do Warszawy. Jednak tam dostałam porządną lekcję od życia i musiałam podjąć kolejną trudną decyzję. Zostałam bez pieniędzy, większość osób się ode mnie odwróciła, przyszły przytłaczające mnie mocne wyrzuty sumienia. Płakałam wtedy bardzo często w poduszkę, szczególnie jak patrzyłam na moją córkę i przypominałam sobie ciągle słowa moich bliskich: “Co Ty zrobiłaś? Zniszczyłaś jej życie. Wszystko przez Ciebie. Ona Ci tego nie wybaczy”.

Jednak, pomimo tych wszystkich trudnych chwil i poczucia osamotnienia, że mimo tego, iż większość spraw jest do du.., że schrzaniłam, że z boku wygląda to na ogromny błąd, coś mi mówiło: “Idź dalej, idź za głosem intuicji, bądź silna, znajdź rozwiązanie, nie będzie łatwo, ale odważ się”. Byłam wtedy kłębkiem
nerwów, a jednocześnie czułam w sobie jakąś niewytłumaczalną siłę i moc. Przy córce starałam się za wszelką cenę uśmiechać, dawać jej wszystko, co w mojej mocy, aby jej tak naprawdę wynagrodzić tę całą sytuację, bo byłam świadoma (nikt mi nie musiał tego mówić), że może to bardzo negatywnie odbić się na jej życiu.

Były momenty, kiedy chciałam się poddać. Byłam bliska dla dobra córki zrobić tak, jak inni tego chcą, poświęcić swoje marzenia i wrócić do Szczytna. Na szczęście to było chwilowe, potem wracał płacz i lęk przed takim życiem i na nowo wracałam do swoich obrazów życia takiego, jakiego ja pragnę…

Był to dla mnie smutny okres wielkiego zagubienia, ale też pamiętam cudowne chwile – szczególnie z moją córcią. Wtedy we dwie miałyśmy dużo czasu dla siebie. Korzystałyśmy z pięknej letniej pogody, jeździłyśmy często nad wodę, wychodziłyśmy na wspólne spacery, zwiedzałyśmy okolice. Wielką radość sprawiało nam wspólne pichcenie w kuchni, zabawy ze świnką morską, itp. Dla niektórych może to wydawać się dość dziwne, że takie chwile mogą tak bardzo cieszyć i być pięknymi wspomnieniami, jednak, jak prowadziłam firmę, nie miałam tyle wolnego czasu dla córki, wtedy akurat moja mama głównie zajmowała się Mają. W każdej sytuacji są plusy, tylko trzeba chcieć je dostrzec.

Po około 2,5 miesiącach przyszedł moment, pamiętam, jakby to było wczoraj, kiedy siedziałam na pięknym, zadbanym zielonym tarasie wynajmowanego wówczas przeze mnie mieszkania i zdecydowałam się zacząć życie od nowa. Postanowiłam wybaczyć sobie oraz wszystkim, do których miałam żal i podjąć najtrudniejsze w moim życiu wyzwanie. Wtedy też odkryłam książkę Kim Kiyosaki, która dała mi wielką moc i wiarę w to, że dam radę. Po jej przeczytaniu zadzwoniłam do kilku dziewczyn i poprosiłam, aby przyjechały do Warszawy i zrobiły wspólnie ze mną burzę mózgów oraz pomogły mi znaleźć rozwiązanie z mojej beznadziejnej sytuacji.

Nie chciałam wracać do Szczytna. Jedyny obraz jaki mi się nasuwał to praca na kasie w Biedronce, a tego bardzo nie chciałam, więc jedynym rozwiązaniem na tamten moment była przeprowadzka do Trójmiasta, gdzie znałam właściwie w miarę dobrze jedną osobę. Byłam przerażona, bo miałam ogromne długi (zamknęłam niedawno firmę), nie mogłam liczyć na pomoc bliskich i znajomych, bo byli na mnie wściekli i przestali się do mnie odzywać po całej sytuacji z mężem. Na dodatek dostałam telefon, że mam tydzień na wyprowadzkę z wynajmowanego mieszkania oraz wiadomość od faceta, dla którego wszystko zostawiłam, że nie jest mi w stanie w niczym pomóc. Powiedziałam sobie jednak, że się nie poddam i nie wiem, jak to zrobię, ale zacznę nowe życie z córką w Gdańsku.

Jak czegoś bardzo chcesz, nagle przychodzą jakieś pomysły i rozwiązania. Nie obyło się jednak też bez przeszkód. W wielkim skrócie: wyprowadzka z warszawskiego mieszkania była dla mojej córki (nie wiem czemu) gorszym przeżyciem niż wyjazd ze Szczytna. Okropnie płakała, do tej pory bardzo dobrze to pamiętam. Nie ułatwiała mi zadania. Bardzo źle się wtedy czułam. To była dla mnie jedna z najcięższych prób w życiu. Jednak po długich tłumaczeniach i rozmowach udało nam się wyjechać moją Kia Picanto (tym razem bardzo wypakowaną) w nieznany nam świat. Byłam przerażona, ale jednocześnie czułam, że coś mnie prowadzi w dobrym kierunku.

W Gdańsku poznałam wielu fantastycznych i pomocnych ludzi. Gdyby nie oni, to nie wiem, czy dałabym radę. Największym źródłem siły była oczywiście dla mnie moja córcia. Ona mnie trzymała przy życiu i dla niej tak naprawdę się starałam ze wszystkich sił, bo jak możesz się domyślić, dręczyły mnie okropne wyrzuty sumienia. Pierwszy rok był dla mnie najtrudniejszym okresem: przeprowadzki z córką; brak pieniędzy; kombinowanie; nieporozumienia i brak zrozumienia dla moich decyzji ze strony moich bliskich; spanie przez jakiś czas na podłodze lub jednoosobowym łóżku z moim dzieckiem; nękanie telefonami i pismami ze strony urzędów, kontrahentów i komorników, którym byłam winna pieniądze po zamknięciu firmy; niełatwe rozmowy z mężem, który był za granicą; wieczne poczucie zagubienia;
często brak sił i jednocześnie wewnętrzne zmuszanie się, aby w domu i poza domem nie było widać mojego przerażenia oraz przygnębienia z powodu licznych problemów.

Na szczęście ten okres to również wiele wspaniałych i miłych chwil, nowe znajomości, wielka pomoc oraz wsparcie ze strony innych ludzi.

Jeden z takich pięknych pierwszych momentów nowego życia w Gdańsku wiąże się z dniem, kiedy pojechałam z Mają i znajomymi na plażę. Uświadomiłam sobie wtedy, że właśnie spełniło się jedno z moich ukrytych marzeń – zamieszkałam nad morzem. Cieszę się, że nawet w najgorszych chwilach potrafiłam dostrzec piękno i pozytywną stronę życia.

Opowiadam Ci w dużym skrócie moją historię, bo to ma być wprowadzenie do mojego głównego przesłania dla Ciebie, a nie zagłębianie się we wszystkie szczegóły. Pokrótce jednak będę czasami jeszcze wracać do przeszłości, bo być może wyciągniesz z niej jakąś naukę dla siebie.

Przyznam Ci się, że nie jest mi łatwo wracać do przykrych wspomnień, bo je już zamknęłam, a teraz wszystkie obrazy wróciły. Jednakże robię to, aby pokazać Ci, że każdy jest tylko człowiekiem, i że każdy ma prawo popełnić błąd. Ponadto każdy ma prawo żyć tak jak chce, wbrew często zupełnie odmiennych oczekiwań innych. Mamy jedno życie i mamy prawo z nim zrobić to, co uważamy za stosowne.

Lata 2013 – 2017 były dla mnie bardzo trudnym okresem, bo wymagały ode mnie bardzo dużo energii, zrozumienia dla siebie i innych. Wielokrotnie czułam się samotna, zagubiona w tym wszystkim, w międzyczasie obniżyła się moja samoocena, pewność siebie, w pewnym momencie przyszedł brak wiary i zamknięcie się na nowe, strach, dużo lęków, obaw. Popełniłam w tym czasie wiele kolejnych błędów, poniosłam wiele porażek i bardzo mocno odbiło się to wszystko głównie na moim zdrowiu. Jednak, pomimo wszystko, bardzo często gościł na mojej twarzy uśmiech, starałam się ze wszystkich sił iść do przodu, aby żyło nam się dobrze. Robiłam wszystko, co mogłam, aby Maja czuła się bezpiecznie, i aby nasze życie wyglądało w miarę normalnie, i jak to przeważnie bywa, raz było lepiej, raz gorzej. Najbardziej przerażające jednak w tym wszystkim było dla mnie to, jak nieubłaganie szybko mijały dni.

Zainteresował Cię fragment książki Marioli Sokołowskiej – Droga Serca Do Ludzi„?

Zapraszam do zakupu książki:

DROGA SERCA DO LUDZI